czwartek, 08 kwietnia 2010
Wystarczy Wierzyc II
Szok, konsternacja, zaskoczenie, momentami panika. Te stwierdzenia najdobitniej oddają to, co w tej chwili przeżywała załoga Słomianego Kapelusza. Zoro wziął się łaskawie za ocucanie Usoppa i Choppera, choć jemu samemu ręce drżały. Dziewczyna. Nagroda taka jak Luffy’ego. Znacznie większa od mojej, myślał potrząsając strzelcem. Nami cały czas przecierała oczy, to musiał być jakiś błąd! W końcu milczenie przerwał Sanji: - Chodzi mi po głowie, to samo co wam. Jak to możliwe? – Franky, Robin-chan, wy jesteście najstarsi z nas wszystkich, słyszeliście coś kiedyś o takiej osobie? Słyszeliście coś o tej wyspie? - No cóż... – powiedział Franky – Kaneyama nie jest ziemią, która słynie z takich nagród. Nigdy o tym nie słyszałem. - Ja również. – dodała Robin – nie miałam okazji nigdy tu się znaleźć, ale ta wyspa naprawdę nie ma w sobie nic szczególnego. Poza uśpionym wulkanem, który wszyscy widzieliśmy jeszcze z pokładu. Faktycznie, pierwszą rzeczą jaka przyciągała uwagę poza turkusową wodą i złocistą plażą był spory wulkan wyrastający prawdopodobnie ze środka wyspy, porośnięty gdzieniegdzie kępami krzaków i z kilkoma młodymi drzewkami wyrastającymi z żyznego zbocza. - Ale czy to nie jest fantastyczne? – zapytał Luffy – pomyślcie ile tu ciekawych przygód może nas spotkać! - Jakich przygód? – jęknął przebudzony już Usopp. - Przecież oni mieli... no właśnie Franky, co oni mieli? Cyborg raz jeszcze obrócił broń w dłoniach, wcześniej zdążył ją już ze dwa razy rozkręcić i dokładnie obejrzeć. - Mi to bezsprzecznie wygląda na tak zwany karabin maszynowy. Zauważyliście, że strzela podobnie do broni którą mam w ręce. Seriami, nie pojedynczymi strzałami. Nie trzeba przeładowywać. Jednak jest to zbudowane zupełnie inaczej niż u mnie. Ma większą siłę wystrzału i wypluwa więcej pocisków na minutę. - Czyli mówiąc krótko... – wyjęczał Usopp. - Tak, dokładnie tak. Z Usoppa i Choppera uszło powietrze. Luffy natomiast uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Ja tam idę zobaczyć co kryje jeszcze ta wyspa! - To dobry pomysł. Myślę, że tej dziewczynie można zaufać. – powiedziała Nami - Jak tylko ukryjemy ciała, możemy się tam udać, bo raczej nikt się nie dowie, że to wy ich zabiliście. - Ależ Nami – san, ta dziewczyna ewidentnie potrzebowała pomocy! Wypadałoby ją znaleźć i zobaczyć czy możemy coś zrobić! – odezwał się nagle Sanji. W sprawach kobiet zawsze był pierwszy do działania. - Ja pójdę kuku. – mruknął Zoro. – interesuje mnie ona coraz bardziej. A w mieście będziesz miał wiele innych kobiet które będziesz mógł zamęczać swoim idiotycznym zachowaniem. - Coś ty powiedział??? Po rozdzieleniu Sanjiego i Zoro przyszła pora, żeby rozdzielić załogę na dwie części. Mimo tego, że Zoro zapewniał i przekonywał jak bardzo chce iść za nią sam, nikt nie przychylił się do tego pomysłu. Każdy znał orientacje szermierza, do wytrawnych wędrowców ze zmysłem gołębia ewidentnie nie należał. W końcu stanęło na tym, że Luffy, Nami, Sanji i Chopper udadzą się do miasta, zaś reszta załogi spróbuje czegoś się dowiedzieć podążając śladami rudowłosej dziewczyny. Luffy szczerzył się bardziej niż zwykle. Portowe miasto do którego dotarli w kilka chwil tętniło życiem. Wszystkie mięsne zapachy, które jego nos rozróżniał lepiej niż Sanji przyprawy biły z każdej niemal strony. Miasteczko nie było duże, choć ilością sklepów i mieszkańców, którzy krzątali się po ulicy, bardziej przypominało Logue Town niż wioskę Cocoyashi. Roiło się tu od kupców oferujących najróżniejsze towary, było mnóstwo karczm, w których można było nawpychać się do oporu, kilku zbrojmistrzów o tak imponującej ofercie, że aż Sanji napomniał iż kaktusowy szermierz(było to najnowsze przezwisko jakie wymyślił w odniesieniu do Zoro), będzie cholernie zawiedziony gdy dowie się co go opuściło i już cieszył się na moment jak mu o tym powie. Po chwili sam jednak poleciał do sklepu oferującego najróżniejsze przybory kucharskie. Nami rozglądała się, chłonąc każdy szczegół miasta. Wśród tej czwórki to właśnie ona musiała się skupić na tym by nikt nie wpadł w tarapaty. Luffy okradł już pięć straganów pożerając nieograniczone ilości mięsa, nawet surowego. Sanji biegał do każdej spotkanej kobiety zachwycając się jej urodą, a Chopper dziwił się strasznie temu, że ludzie zamiast uciekać wołali do niego, „cześć jeleniu”. Gdzieniegdzie dziewczyna zauważyła plakaty z nagrodami słynnych piratów raz nawet wybuchła śmiechem, bo ktoś dorysował Zoro wąsy, ale wciąż była czujna. W tym tętniącym życiem mieście nie spostrzegła niczego co mogłoby świadczyć o jakiejkolwiek obecności Marines. Wszędzie natomiast kluczyli się mężczyźni w czarnych prochowcach, takich samych jak napastnicy z plaży. Nagrody i tak były porozwieszane w mało widocznych miejscach i choć znalazła niemalże wszystkie plakaty załogi słomianego kapelusza, to tylko Choppera dojrzała więcej niż raz, pewnie dlatego ludzie go rozpoznawali. Plakatów rudowłosej Marisy było natomiast więcej niż czegokolwiek innego. Widziała poza tym plakat mężczyzny w średnim wieku z rogatywką na głowie. Podpis brzmiał Shin – nagroda 290 milionów Beli. Jego plakatów też było mnóstwo. - O RANY!!!!! – wrzasnął nagle Luffy, bardziej szczęśliwy niż przerażony. – Patrzcie na to!!!! Drużyna znalazła się przy nim w ciągu kilku chwil. Luffy patrzył z rozdziawionymi ustami na plakat, na którym widniał dobiegający trzydziestki mężczyzna o zdecydowanym wyrazie twarzy, szeroką szczęką i czerwoną chustą na głowie. Nazywał się Takeyama, nagroda zaś wynosiła ... 480 milionów Beli. - Jak to możliwe? – odezwał się Sanji. – Takie nagrody a w życiu o nich nie słyszałem! - Nie mam pojęcia, ale coraz bardziej mi się tu podoba! – Luffy wyszczerzył zęby i wskazał na pobliską karczmę. – chodźmy coś przekąsić! - W sumie warto zjeść czasem coś z innej kuchni niż Sanji – kuna. – uśmiechnęła się Nami, co wywołało grymas rozpaczy na twarzy kucharza. – oczywiście nie spodziewam się niczego tak dobrego. – dodała nie chcąc sprawiać mu przykrości. - A później pójdziemy do apteki. Muszę kupić tą szałwię. – rzekła Chopper i w czwórkę weszli do gospody. - Gdzie ona jest! – warknął Zoro, zupełnie jakby spodziewał się, że otrzyma odpowiedź. Już od dłuższej chwili przeciskali się przez las szukając śladów dziewczyny. Usopp znalazł plamę krwi, Robin kilka śladów na ziemi, a jednak jej nie było widać. Nie biegła, ściółka nie była zniszczona, ale też nie można było wyczuć jej obecności. - Czy to do czegokolwiek nas zaprowadzi? – odezwał się Franky – wiadomo, że ewidentnie potrzebuje pomocy, ale skoro ucieka aż tak, może nie powinniśmy jej gonić. - Zgadzam się z Frankym! – krzyknął Usopp. Coraz mniej mu się podobała wizyta na tej wyspie, las wydawał się nieco mroczny, a w każdej chwili mogło coś ich zaatakować. - Ja uważam, że powinniśmy jeszcze chwilę się rozejrzeć – Robin poparła Zoro – a jeśli znów ją dopadli? Po chwili drużyna otrzymała odpowiedź. Weszli na niedużą polanę i przystanęli zaskoczeni. Rozegrała się tutaj niezła walka. Trzech mężczyzn w czarnych prochowcach leżało martwych, a piękna zielona trawa zbryzgana była krwią. Trzeci był przyszpilony włócznią do drzewa. - A więc jednak nie wszyscy używają tej broni. – mruknął Franky, rzeczywiście, tutaj znaleźli tylko jeden egzemplarz, oprócz tego dwa miecze. - Ona to zrobiła tak? – jęknął Usopp, uciekajmy, bo zaraz wyskoczy i nas zabije! Jego wypowiedz przerwał dźwięk łamanej gałązki. Cała czwórka odwróciła się natychmiast. Rudowłosa dziewczyna stała oparta o drzewo trzymając się kurczowo za bok. Miała na bluzce wielką plamę krwi a twarz miała bladą. - TO OnAAAA! – wrzasnął Usopp i natychmiast naciągnął procę. - Więc jednak... – powiedziała dziewczyna – jesteście od Corteza. Przyszliście po moją nagrodę... Nastała chwila milczenia. - Myślę, że jednak nie. – odezwała się Robin i podeszła parę kroków w jej stronę – jesteś ranna, potrzebujesz pomocy. - Nie zbliżaj się! – krzyknęła rudowłosa, i wzniosła miecz niemalże przytykając ostrze do czoła Robin. - Maleńka uspokój się... – próbował powiedzieć Zoro, ale dziewczyna nie słuchała. - Nigdy mnie żywej nie dostaniecie. – warknęła dziewczyna i z wysiłkiem spróbowała zaatakować Robin. Kobieta odsunęła się od uderzenia bez żadnego problemu, natomiast Zoro w tej samej chwili wyskoczył do przodu wytrącając rudej katanę z dłoni. Jego nagły ruch absolutnie pozbawił ją równowagi, zachwiała się i runęła na plecy. Kaszlnęła krwią. - Zoro, przestań, ona jest w poważnym stanie! – powiedziała Robin i szybko pochyliła się nad dziewczyną. – Marisa, słyszysz mnie? Rudowłosa była ledwo przytomna, bo rzeczywiście jej rana byłą straszliwa. Poza postrzałem, który nosiła już wtedy gdy spotkali się po raz pierwszy na plaży, miała ogromną ciętą ranę na prawym boku. Krew wypływała z niej niemiłosiernie szybko. - Znasz moje imię? - Z plakatu. - I chcesz mi powiedzieć, że nie jesteście tu po moją głowę. - Cholera, oczywiście, że nie! – warknął wkurzony Franky. – nie gadaj tyle zresztą. Robin szybko udzieliła Marisie pierwszej pomocy, choć nie była Chopperem, znała podstawy leczenia. Rana tamtej była jednak zbyt ciężka by można było cokolwiek zrobić tu w lesie. - Powiedz mi, gdzie w tym mieście jest szpital? – zapytała Robin – zaniesiemy cię tam. - Nie ma mowy! – wrzasnęła Marisa, po jej twarzy znów przeszedł grymas bólu. – nie mogę pokazać się w mieście... Zoro pokręcił nerwowo głową. - Powiedz mi. Jak to możliwe jest, że osoba z taką nagrodą jest tak słaba, żeby zostać ranną w walce z trzema podrzędnymi typkami? I czemu nie chcesz iść do miasta? - To nie jest kwestia... – odpowiedziała szybko Marisa ale w tym momencie zakaszlała jeszcze mocniej i krew trysnęła jej z ust plamiąc bluzkę i skapując na dłonie Robin. Miała uszkodzony jakiś organ wewnętrzny. - Zoro, nie pora teraz na to! – warknęła kobieta. – ona jest ciężko ranna, potrzebuje pomocy. – Marisa gdzie cię zanieść? Mówże prędko! Jednak odpowiedzi nie uzyskała. Rudowłosa umierała jej na rękach. - AAA!!! Ona nie żyje!!!! – wrzeszczał Usopp wyrywając sobie włosy z głowy. - Żyje jeszcze – powiedział Franky – ale to nie potrwa długo, jeśli natychmiast lekarz nie udzieli jej pomocy. - W takim razie... – zaczął Zoro, ale w tym samym momencie naraz stało się kilka rzeczy. Usłyszeli wystrzał. Franky schwycił się za czoło, pocisk trafił go między oczy. Zoro rzucił się chwytając Robin i Usoppa i padł na ziemię za drzewami, od razu wiedział skąd przyleciał pocisk. Koło Marisy nagle znalazł się jakiś człowiek w długiej brązowej pelerynie, zeskoczył najprawdopodobniej z drzewa. W dłoni ściskał długą strzelbę z doczepionym snajperskim celownikiem. - Ty draniu!!!! – warknął Franky, i wyciągnął kulę z czoła. Tamten zdębiał, ale nie dał tego po sobie poznać. - Nie ruszajcie się! Wystrzelam was jak psy, jak ktokolwiek drgnie. – warknął przybysz do drużyny. Po czym pochylił się nad Marisą. - Próbowaliśmy jej pomóc. – wyjaśniła Robin – i nie, nie jesteśmy łowcami, nie chcemy was dorwać. Marisie chyba udało się wyszeptać parę słów do ucha nowo przybyłemu strzelcowi bo uspokoił się znacznie. - W takim razie przepraszam. Nie wiem, jak to przeżyłeś – zwrócił się do Franky’ego z szerokim uśmiechem, - ale bardzo mi przykro. - Idioto!!!! Jakby to był ktoś inny byłby trup na miejscu! – warknął cyborg. - No co ja mogę powiedzieć... Sorka- uśmiechnął się rozbrajająco. Był wysokim mężczyzną w średnim wieku, z rozczochranymi włosami lekko przyprószonymi siwizną. Miał na sobie podróżny strój, wysokie buty z cholewami z których jeden przewiązał czerwoną chustą, a na głowie rogatywkę. - Ty draniu.... – warknął Zoro, a na jego czole pojawiła się pulsująca żyła. Schwycił miecz. W tym samym momencie wszyscy rzucili się by go uspokoić. Usopp pomógł przybyszowi sklecić prowizoryczne nosze, na których położyli Marisę. Strzelec przedstawił się jako Shin i przepraszał za swoje zachowanie, ale robił to tak beztrosko, że Zoro miał tylko ochotę ściąć go na miejscu. - Słuchajcie, dzięki za pomoc, jeśli to wy załatwiliście tych Guards’ów na plaży. Marisie nie udałoby się uciec. – powiedział Shin. – zabiorę was w pewne miejsce i tam dostaniecie odpowiednią nagrodę. Franky, Zoro i Usopp byli przeciwni temu by Shin ciągnął ich gdziekolwiek, ale Robin przypomniała im, że w ten sposób nieco bardziej poznają tą wyspę, więc wszyscy niechętnie się zgodzili. Shin zaprowadził ich na zachód, nad sam brzeg, po czym wygrzebał szalupę ukrytą pod kupą liści. Ułożyli na niej ranną dziewczynę i wsiedli, Zoro schwycił za wiosła. - Pokażę Ci gdzie płynąć, ale wszyscy bądźmy bardzo uważni. – powiedział i przeczyścił strzelbę. Bardzo zwrócił uwagę Usoppa, w końcu on też był strzelcem, ale postanowił zachować pytania na później gdy sytuacja choć trochę się rozwinie. Po chwili szalupa okrążyła wyspę i wszyscy dojrzeli niewielki skalny otwór z którego najprawdopodobniej wypadała rzeka. Shin wskazał nań ręką. - Tam wpłyńmy. Luffy aktualnie pałaszował czwarty udziec wieprzowy, kiedy drzwi gospody otworzyło potężne kopnięcie. Sanji natychmiast wstał, będąc gotowym na wszystko, zaś do lokalu wkroczyło pięciu mężczyzn odzianych w czarne prochowce, uzbrojonych po zęby, w noże, kije i broń palną. - Daj nam jeść kobieto! – warknął pierwszy z nich, na co właścicielka lokalu natychmiast przybiegła do nich z potrawami ewidentnie przeznaczonymi dla innych gości. Nami wiedziała już jak takie sytuacje się kończyły i modliła się by Luffy, zajęty żarciem nie zwrócił uwagi na mężczyzn którzy weszli do knajpy. Zwłaszcza, że zachowywali się jak ostatnie chamy zdążyli już obmacać biedną kelnerkę. Upokorzona dziewczyna uciekła na zaplecze ze łzami w oczach, zaś Nami położyła Sanji’emu rękę na ramieniu by usiadł. - Jeszcze nic o tej wyspie nie wiemy. Zaczekaj jeszcze. Nie pakujmy się w większe kłopoty. – poprosiła i kucharz z największym wysiłkiem psychicznym zajął swoje miejsce, choć już nie jadł, tylko dźgał widelcem swoje danie. - Dobrze Nami – san. Ale nie wiem ile wytrzymam. I nie wiem, kiedy on ich zauważy. Luffy natomiast wsuwał w najlepsze. Łódka wpłynęła w absolutną ciemność. - Gdzie jesteśmy? – spytał zaniepokojony Usopp. - Spokojnie... – odpowiedział mu głos Shina. – HIKARI!!!!!!!!!!!!!!!!! Wrzask strzelca ucichł. Przez chwilę wydawało się, że nic się nie stanie. A potem.... A potem Zoro, Usopp, Robin i Franky zdębieli. Ciąg dalszy nastąpi Czy Marisie uda się przeżyć? Ile wytrzyma Sanji? Kim jest Shin i inni mający niesamowicie wysokie nagrody? I co tak zaskoczyło Zoro i innych? Tego wszystkiego dowiecie się już niedługo 
wtorek, 23 marca 2010
Wystrarczy Wierzyc I
"Wystarczy Wierzyc" jest w chwili obecnej najdłuższym,i najbardziej rozpoznawalnym fanfickiem o One Piece w Polsce.Został napisany przez Najucha.Rysunek na dole został zaś zrobiony przez naszą Eranę.
Rediii... stediiii.... GOU!!!! -Widzę coś, ląd na horyzoncie! -I czego się drzesz głupi szermierzu! Podaję właśnie pięknym paniom podwieczorek! -Dziękuję. Log Pose w sumie nie zmieni kierunku, który wskazuje, może wybierzemy się na krótki odpoczynek? -Doskonały pomysł, pani nawigator, chętnie odwiedzę tutejszą bibliotekę. -A ja aptekę. Szałwi nie mam już w ogóle. -Ech, ja byłem na tej wyspie już nie jeden raz... Odwiedzimy słynne muzeum, w którym zebrano wszystkie moje trofea ze starych czasów! -Hej, Słomiany! Co o tym sądzisz? Statek jeszcze świeży więc nie mam czego naprawiać, ale może uzupełnimy zapasy? -Hehe... JASNE!!!!!!!!!!!!! ONE PIECE „Wystarczy wierzyć” 1. „Niebywała Nagroda” Thousand Sunny był statkiem cudownym, choć załoga, której przyszło na nim płynąć jeszcze o tym nie wiedziała. Nikt z nich nie miał okazji poznać jego możliwości, no może poza kilkoma sztuczkami podczas ucieczki z Water Seven, ale w tej chwili nie na tym zależało im najbardziej. Pogoda, która akurat tego dnia gościła na Grand Line była cudowna, delikatna bryza orzeźwiała, a donośny rechot mew, dochodzący z wszystkich stron, tylko zwiększał poczucie nieograniczonej przestrzeni. Był spokojny letni dzień. W sam raz na porządne plażowanie. Roronoa Zoro jednym susem zeskoczył z bocianiego gniazda. Od razu zrozumiał co się święci, nie miał nic przeciwko zatrzymaniu się na pięknej piaszczystej plaży, w świetle słońca lepiej mu się spało. Rozejrzał się po wszystkich Luffy, Usopp i Chopper przez dłuższy czas biegli tylko w kółko nie mogąc się totalnie skoncentrować, Usopp już szykował swoje wspaniałe koło do pływania, które niechętnie, jako, że potrafił pływać, obiecał pożyczyć kapitanowi i małemu lekarzowi. W końcu Nami uderzyła ręką w stół, wspomnę tylko że na widok jej miny wszyscy zamilkli, a potem zaczęła mówić. -Słuchajcie to naprawdę świetny pomysł. Jak już wspominałam wskazówka Log Pose nam nie ucieknie. Z tego co mam na tej mapie – rozwinęła rulon. – wyspa nazywa się Kaneyama, mają tu nieduże portowe miasto, w sam raz na małe zakupy, większych i tak nie potrzebujemy. Teraz tylko pozostaje nam pytanie czy dokujemy w porcie, czy zatrzymamy statek na redzie, unikając opłaty portowej i... Monkey D. Luffy jednak już jej nie słuchał. Wszyscy usłyszeli znajomy dźwięk rozciągających się ramion. Schwycił za burtę. -Gomu gomu no..... Roketto! – Kapitan wystrzelił z miejsca jak z procy zabierając ze sobą Usoppa i Choppera którzy nie zdążyli w żaden sposób zareagować. Wylądowali na plaży i zaczęli się drzeć. -No cóż... – powiedział spokojnie Sanji - W takim wypadku zaproszę szanowne panie do szalupy... -I je potopisz... nie masz siły w łapach by wiosłować. – mruknął Zoro -Coś ty powiedział szermierzyno za dychę?! – poleciały kopnięcia. W końcu stanęło na tym, że albo Sanji będzie operował jednym wiosłem nogą, a Zoro drugim, zębami. -Mamy jakąś szalupę Franky? – zapytał Sanji okrętowego mechanika. -Szalupę mówisz? A może... – zawahał się chwytając za dźwignie uruchamiającą wszystkie ciekawe rzeczy jakie zainstalował w Thousand Sunny. Chwila minęła. – Albo nieważne. Mamy szalupę. Pomóżcie mi ją zepchnąć na wodę.... Nieco później cała ósemka Piratów Słomianego Kapelusza wylegiwała się wygodnie w pięknym porannym słonku. Po incydencie z wyspą Clockwork i kradzieżą Going Merry, a wraz z nią wszystkiego z czego korzystali, nikt nie był już na tyle głupi, żeby nie zabrać ze sobą najważniejszego dobytku. Zabrali więc plecaki w których oprócz ubrania, mieli także swoją broń. Sanji przygotował także nieco plażowego menu i straszliwie go ucieszyło, gdy orzeźwiające drinki tak dobrze przyjęte zostały przez Nami i Robin, które ponadto paradowały w tak seksownych strojach, że nie jego jednego przyprawiały o krwotok z nosa. Robin chyba dojrzała ich spojrzenia gdyż przewiązała na biodrach apaszkę. Luffy’ego nie obchodziło w tej chwili to, że ma 300 000 000 Beli nagrody chciał po prostu nieco się pobawić a taplanie się w morzu które mogło go zabić gdyby tylko postawił stopę pięć metrów dalej, było dla niego olbrzymią przyjemnością. Patrzył z radością na załogę którą zebrał. Widział jak Usopp razem z Chopperem wygłupiają się bez żadnych ograniczeń, widział Sanjiego, który usługiwał Nami i Robin, a przy każdym dziękuje robił ze sto fikołków z radości. Spojrzał na Zoro który najzwyczajniej w świecie poszedł spać i chrapał donośnie. Widział w końcu Franky’ego, który aktualnie majstrował coś przy szalupie. Był ich kapitanem. Oni byli jego nakama. Był z tego dumny. Nie dostrzegł od razu, że coś poruszyło się w krzakach które otaczały całą plażę. Za nimi był gęsty liściasty las, więc było to o tyle trudniejsze. Zoro obudził się natychmiast, ale leżał spokojnie w dalszym ciągu. Nikt poza nim tego nie zauważył. Dopiero gdy Luffy wygramolił się na brzeg, by podwędzić coś z polowej kuchni Sanji’ego, on również to dojrzał. Nie minęła sekunda, nikt nie zdążył się odezwać, zareagować, nawet mrugnąć, a z krzaków wypadła na plażę jakaś postać i wylądowała dokładnie po środku ich skromnego obozu. Rozmowy natychmiast ucichły, wszyscy zamilkli patrząc na młodą dziewczynę, która właśnie podnosiła się z piasku otrzepując się z piasku. Była niezbyt wysoka, szczupła, wielkością biustu nie dorównywała Nami, ale miała bardzo ładną twarz. Rude włosy miała dość krótko przycięte, sięgały jej do ramion, były mocno rozczochrane, a z pod grzywki na świat spoglądały czujne zielone oczy. Ubrana była prosto, jej biało-niebieska bluzka na ramiączkach raczej nie była strojem wyjściowym, a krótka plisowana spódniczka, ukazywała smukłe długie nogi. Najbardziej jednak zwróciło uwagę to, że jasna skóra dziewczyny została przerwana tuż powyżej łokcia lewej ręki, rana wyglądała na postrzałową, zaś w prawej trzymała długi miecz ukryty jeszcze w saya. Na nadgarstku miała przewiązaną czerwoną chustę. Natychmiast spostrzegła gdzie się znalazła i nim Zoro zdążył zapytać ją o miecz, nim Chopper rzucił się leczyć jej ranę, nim Sanji doskoczył do niej by podziwiać jej urodę, odezwała się mocnym, aczkolwiek zestresowanym głosem. -Wybaczcie, że wpadłam tu bez ostrzeżenia. – spojrzała w stronę lasu. – Lepiej stąd uciekajcie. Zaraz tu będą. -Kto? – zapytał Luffy, który właśnie stanął obok dziewczyny. Nie uzyskał odpowiedzi, lecz by ją poznać nie czekał długo. Z lasu wypadło sześciu mężczyzn, a każdy trzymał w dłoni coś co wyglądało jak strzelba jednak miało zamiast jednej lufy sześć. Świadomy człowiek z dwudziestego wieku uznałby to, za pierwowzór miniguna, jednak nikt ze Słomianych o tym nie wiedział. Mężczyźni nie wyglądali na Marines, ani na piratów. Wszyscy mieli na sobie długie czarne prochowe płaszcze. -Nie masz już szans na ucieczkę! – warknął pierwszy z nich nie zwracając uwagi na piratów. – poddaj się i chodź z nami. Zoro dyskretnie podważył Tsubę Sandaia Kitetsu kciukiem. -Kim jesteście? – zapytał Luffy zdenerwowany tym wtargnięciem. -Nie wtrącaj się! – krzyknęła dziewczyna. Dobyła miecza ranną ręką. – i uciekajcie. To moja sprawa. Wyskoczyła do przodu i niemal natychmiast ścięła pierwszego ze ścigających. Głowa mężczyzny potoczyła się po piasku. Nami aż krzyknęła, Chopper i Ussop zbledli, Sanji natychmiast stanął zasłaniając sobą dziewczyny. Zoro uśmiechnął się niedostrzegalnie. W tym samym momencie drugi z mężczyzn zdzielił rudowłosą w twarz kolbą swojej broni. Nie miała czasu zareagować. Odrzuciło ją w tył i upadła na piasek. Splunęła krwią. -Ej, ej! Ty... – warknął Sanji i postąpił krok do przodu, ale nie zdążył nic zrobić, gdy Luffy wrzasnął na cały głos. -DRAAAAANIUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – był wściekły. Mężczyźni natychmiast zareagowali. Wszyscy wycelowali swoją broń w Luffy’ego i w jego stronę poleciało kilkanaście pocisków. Wystrzelonych serią. Pirat zdębiał, gdyż pierwszy raz zobaczył coś takiego, ale na szczęście jego ciało zachowało się tak jak zawsze. Pociski zostały odbite. Mężczyźni wybałuszyli oczy. -Zjadł diabelski owoc! -Chłopaki to za dużo jak na nas! Wiejemy! Jednak Luffy tylko uśmiechnął się pod nosem. W tym samym momencie on i Sanji rzucili się do ataku. Pierwszy mężczyzna niemal natychmiast zginął, gdy Mounton Shot kuka trafił go w środek twarzy, łamiąc nos, i gruchocząc czaszkę. Luffy wykorzystał konsternację innych. -Gomu gomu no.... Muchi!!!!! – Jego kopnięcie dosięgło trzech z nich, wyrzuciło ich z taką siłą, że nie mieli żadnych szans na przeżycie. Jeden z nich nie zginął natychmiast, ale chwilę później Sanji zadał mu ostateczny cios, kopiąc Colierem. Ostatni z napastników wycelował w kucharza, ale w tym samym momencie poczuł przeszywającą go zimną stal i padł bez życia, zaś Zoro, który w tym momencie włączył się do walki tylko po to by ją zakończyć, schował swój Kitetsu do saya. Walka była bardzo krótka. Chopper natychmiast podskoczył do dziewczyny. -Nic ci nie będzie, spokojnie.. to powierzchowna rana! – powiedział i wziął się do oczyszczania jej zadrapania na policzku i postrzałowego rozdarcia na ręce. -Nie trzeba, jeleniu. -JESTEM RENIFEREM! Dziewczyna jednak wstała i odwróciła się do Luffy’ego. -Dzięki za pomoc. Masz naprawdę zdumiewające umiejętności. Wy też. – skinęła Zoro i Sanji’emu. – ale ja muszę już lecieć. Nie mówcie nikomu, że mnie widzieliście. -Ale zaczekaj, co się... – zaczął Luffy, lecz ona już biegła wzdłuż plaży, oddalając się od nich coraz szybciej. Po chwili dała nura w las i już jej nie widzieli. Luffy postąpił parę kroków w stronę swojej załogi. -Kim oni byli? – zapytał Usopp trzęsąc się cały. -Nie wiem, myślę, że tak czy siak prędko się tego dowiemy. – odparł Luffy. Franky aktualnie wygramolił się na brzeg. -Czy coś mnie ominęło? -A żebyś wiedział – mruknął Zoro. Rzucił w jego stronę broń napastników. – wiesz może coś na temat tego wynalazku? Nim Franky zdążył odpowiedzieć, zabrzmiał donośny krzyk. Nie przerażenia ale zaskoczenia. Krzyczał Chopper, który właśnie trzęsąc się nie lada sprawdzał czy któryś z mężczyzn jeszcze żyje. Wszyscy zwrócili się ku niemu. Trzymał w dłoni kartkę i wpatrywał się w nią z przerażeniem. -Co się stało?! - Luffy w ciągu dwóch sekund był przy nim, a zaraz po nim cała załoga. Wszyscy po kolei otwierali usta ze zdumienia. Sanjiemu wypadł papieros. Zoro upuścił miecz na ziemię. Robin zamknęła książkę. Nami usiadła na ziemię. Usopp zemdlał. Chopper zemdlał już wcześniej. Franky rozdziawił usta do ziemi. Nawet Luffy wyglądał na zaskoczonego. Na kartce widniała podobizna dziewczyny, którą właśnie spotkali. Pod nią podpis: Marisa. Poszukiwana żywa lub martwa. Nagroda: Trzysta milionów Beli. Ciąg dalszy nastąpi. Ukochane pytania podtrzymujące napięcie: Kim jest Marisa, dziewczyna warta 300 000 000 Beli? Skąd wzięła się u niej nagroda takich rozmiarów? Kim byli napastnicy? I co jeszcze skrywa Kaneyama? Część druga to: „Marisa i Shin”

poniedziałek, 22 marca 2010
"Cudzoziemcy"

tytuł: "Cudzoziemcy" fandom: Hetalia Axis Powers kategoria: 18+
"Cudzoziemcy" jest to fanfick stworzony przez Vampircię (jeśli chcesz poczytac inne jej dzieła wejdz na stronę www.vampirciowo.pl)
opis: Telenowelowate AU, w którym Feliciano jest chory psychicznie, Lovino ma kryminalną przeszłość, Francis jest reżyserem filmów porno, Iwan ich gwiazdą, a Feliks zbuntowanym młodzieńcem, prowadzącym dekadencki tryb życia. Dużo postaci, dużo wątków, dużo pairingów. ostrzeżenia: yaoi
Prolog
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi zalewając ulice Neapolu żółto-pomarańczowym światłem. Mimo że wrześniowe dni nie należały do upalnych, w centrum miasta wciąż panował dokuczliwy skwar i tylko wczesnojesienny wietrzyk redukował nieco ciepło bijące od nagrzanych chodników i budynków. Najbardziej na gorąco narzekali nieprzywykli do upału turyści z północy kontynentu. Przyzwyczajeni do śródziemnomorskiego klimatu tubylcy, po zakończonej sieście, ochoczo wylegli na ulice, rozkoszując się piątkowym wieczorem. Nie dla każdego jednak był to radosny dzień. - Nie podoba mi się tu, chcę do domu! - Mały Feliciano przystanął gwałtownie i zrobił obrażoną minę dając wyraźnie do zrozumienia, że ani myśli iść dalej. W takich momentach Lovino korciło by dać po uszach swemu jedenastoletniemu bratu, który wykazywał się wyjątkową niedojrzałością nawet na swój młody wiek. Nie miał jednak serca podnieść na niego ręki. - Nie wygłupiaj się! Cały czas tylko jęczysz i narzekasz – rzucił podenerwowany. Słowa starszego z braci nie zrobiły żadnego wrażenia na młodszym, który wciąż nie zamierzał się ruszyć. - Ja chcę do dziadzia! - Feliciano jęknął w taki sposób, jakby miał się zaraz rozpłakać. Jego niewinna, smutna twarzyczka wzruszyłaby prawie każdego, ale nie Lovino, który mimo swej miłości do brata, potrafił być surowy i gruboskórny, zwłaszcza że dobrze już znał jego fochy i zdążył do nich przywyknąć. Zmarszczył brwi i zbliżył się do jedenastolatka, patrząc na niego ze zwątpieniem. - Dziadzia już nie ma. Nie wróci, rozumiesz? - powiedział z taką irytacją i znudzeniem, jakby powtarzał tę samą kwestię po raz setny. Mniejszy chłopiec zrobił jeszcze bardziej zbolałą minę i tupnął nogą. - Jestem głodny – pociągnął nosem, choć udało mu się powstrzymać łzy. W końcu Lovino dał za wygraną, pojmując że brat nie da mu spokoju. Musiał mu ustąpić, zwłaszcza, że ludzie zaczynali się im uważnie przyglądać, a ostatnim czego chciał było zwracanie na siebie uwagi. Westchnął ze zrezygnowaniem i chwycił Feliciano za rękę. - Poczekaj tu, zaraz wrócę – zaprowadził go do ławki. - Nie mogę iść z tobą? - Nie! - Dlaczego? - Bo nie! Masz czekać! Mówię ci, że to zajmie chwilkę. Czując, że niebawem straci cierpliwość, Lovino skręcił w jedną z bocznych uliczek. Zależało mu, by oddalić się od skupiska ludzi, przeszedł więc jeszcze kilka małych przecznic, klucząc między starymi, portowymi kamienicami. Szukał zacisznego, lokalnego sklepiku, do którego rzadko zaglądał ktoś oprócz mieszkańców pobliskich budynków. Wszedł do małego marketu, w którym oprócz sprzedawcy znajdowały się tylko dwie osoby. Spokojnie przeglądał towary na półkach, aż zdecydował się jedynie na tabliczkę czekolady i paczkę chrupek. Podszedł do lady, nerwowo przeczesując ręką włosy. Zauważył, że poci się trochę bardziej niż zwykle, ale wątpił by ktokolwiek zwrócił na to uwagę. - Coś jeszcze? - spytał sprzedawca. - Tak. Lovino bez dalszego zastanawiania sięgnął po ukryty za paskiem pistolet. Wymierzył go najpierw w kasjera, potem w zdezorientowanych klientów, nie kryjąc determinacji. - Wszyscy na ziemię! - wrzasnął i zwrócił z powrotem do sprzedawcy. - Ty nie! Dawaj pieniądze! Wszystko co masz w kasie! Ale migiem, ja, kurna, nie żartuję! Znajdująca się tuż przy drzwiach kobieta, postanowiła spróbować swych sił i uciec. Oczywiście nie dało się zrobić tego całkowicie po cichu, więc gdy Lovino tylko usłyszał jakiś dźwięk, gwałtownie się odwrócił i odruchowo strzelił w tamtym kierunku. Co prawda nie trafił kobiety, której udało się wybiec, ale pocisk z hukiem rozbił szybę w drobny mak. - Szlag! Chłopak zdał sobie sprawę, że wystrzał na pewno zaalarmował mieszkańców, a to znaczyło, że musiał jak najszybciej uciekać. Napchał więc kieszenie banknotami, które kasjer uprzednio wyłożył na ladę. Szło mu to dość niezdarnie, przez co tracił cenne sekundy, przeklinając pod nosem. Drobne już sobie darował, czym prędzej wypadł ze sklepu, z nadmiaru emocji zapominając nawet schować pistolet pod koszulką. Zapomniał też zabrać czekoladę i chrupki, które zeszły na dalszy plan, gdy w jego ręce wpadła gotówka. Napędzany adrenaliną biegł tak szybko, że nawet nie zauważył, gdy z powrotem znalazł się na ruchliwej ulicy. Nie zwolnił ani trochę, wpadając co jakiś czas na przechodzących ludzi, przez co zwracał na siebie jeszcze większą uwagę. Teraz jednak jedynym, co mu zaprzątało głowę była szybka ucieczka. - Wiejemy! - chwycił za rękę zaskoczonego brata i pociągnął go za sobą. - Skąd masz pistolet? - spytał zszokowany Feliciano, nie do końca rozumiejąc, co się wokół niego dzieje. - Ukradłem, a teraz się zamknij. Starszy z braci wciąż miał w sobie spore pokłady adrenaliny, przez co młodszy ledwo dotrzymywał mu kroku, mimo że sam bardzo szybko biegał. Nawet nie wiedzieli, jaką przebyli odległość i prawdopodobnie biegli by jeszcze długo, gdyby nagle Lovino nie zderzył się z przechodniem, który wyłonił się zza rogu. Dopiero wtedy uświadomili sobie, że znaleźli się daleko od często uczęszczanych dzielnic. Właściwie dookoła nie było żywej duszy oprócz tego jednego, stojącego przed nimi eleganckiego człowieka, który krył wzrok za ciemnymi okularami. To był moment przełomowy w ich życiu.
"Cudzoziemcy" Rozdział I
Chłodna londyńska pogoda wciąż dokuczała Lovino, mimo że mieszkał już w tym mieście od kilku lat. Był ciepłolubnym człowiekiem południa i nie zanosiło się by kiedykolwiek się przyzwyczaił do tego klimatu. Jednak póki co nie zamierzał wyjeżdżać, ze względu na dochodową pracę. Kiedy przekroczył drzwi szpitala psychiatrycznego, odruchowo poprawił krawat i marynarkę, co zawsze czynił, gdy wchodził do jakiegoś budynku. Chciał jak najszybciej załatwić sprawę i wyjść, tego typu miejsca przyprawiały go o dreszcze. Dobrze, że chociaż doktor Roderich Edelstein był miłym, pomocnym człowiekiem, który zgodził się wypuścić jego brata do domu na okres próbny. - Jak już mówiłem, przez ostatnie pół roku zrobił spore postępy, ale wciąż nie jest to w pełni zadowalający efekt – tłumaczył lekarz, gdy szli białym korytarzem. - Odzyskał kontakt z rzeczywistością, ale niestety częściowa amnezja pozostała. Niektóre wspomnienia przeinaczył i uczynił częścią swoich fantazji i choć potrafi już odróżnić rzeczywistość od wytworów swego umysłu, wciąż pamięta jedynie zmienioną wersję wydarzeń. Weszli do dużej sali, gdzie chorzy spędzali swój wolny czas. Z pozoru zdawali się zwykłymi ludźmi, rozmawiali, grali w karty, oglądali telewizję, zachowywali się zupełnie normalnie i dopiero w trakcie rozmowy ujawniały się ich rozmaite zaburzenia. Czasem zdarzały się groźne sytuacje, ale na tym oddziale raczej nie trzymano osób agresywnych, czy poważnie niezrównoważonych. Feliciano siedział przy oknie i grał na gitarze ułożoną przez siebie melodię, przy okazji podśpiewując. - Niemcy, Niemcy. Niemcy to wspaniałe miejsce. Tam jedzonko nie jest ohydne, jak brytyjskie paskudztwo... - Święte słowa – skomentował jeden z pacjentów, z wyraźnie obcym akcentem. Lovino miał ochotę uderzyć lekarza za to, że pozwalał jego bratu śpiewać takie rzeczy i bynajmniej nie chodziło o obronę angielskiej kuchni. Jednak musiał powstrzymywać swoje dawne odruchy. Nie po to się tyle napracował, żeby teraz trafić za kratki. - Feliciano... - podszedł do brata, żeby go uściskać, a temu od razu pojawił się na twarzy szeroki uśmiech. - Wracamy do domu? - ucieszył się młodszy mężczyzna. - Tak, jesteś już spakowany? Odpowiedziało mu energicznie pokiwanie głową. - No to ubiera się i już nas tu nie ma. Gdy opuścili szpital, wsiedli do taksówki, która na nich czekała. Feliciano zdziwił się, że jego brat nie przyjechał swoim lamborghini. Zawsze uwielbiał się nim chwalić, mimo że było używane. - Gdzie twoje auto? - spytał. - Niechcący skasowałem. Nie martw się, kupię nowe. Choć Lovino bardzo nie lubił stereotypu o nieumiejętnie jeżdżących Włochach, to sam idealnie do niego pasował. - Posłuchaj, doktor chce sprawdzić, czy jesteś już w stanie funkcjonować w społeczeństwie, więc żadnych wybryków, ani głupich tekstów, rozumiesz? - spytał surowo w ojczystym języku, tak by kierowca go nie zrozumiał. - Postaram się, ja naprawdę chcę dobrze. - Przypomniałeś sobie cokolwiek? Pamiętasz Neapol dziesięć lat temu? Był wrzesień tak, jak teraz. - N...nie... - rzekł nieśmiało Feliciano, spuszczając głowę. - Pamiętam co mi opowiadałeś, ale nie przypominam sobie tych wydarzeń. - A co pamiętasz? - Pamiętam dziadzia. - To zawsze coś. - Lovino zmierzwił bratu włosy i uśmiechnął się. Mieszkanie, w którym żył Lovino do małych nie należało. Znajdowały się w nim trzy spore sypialnie i jeszcze większy pokój gościnny. Co prawda posiadał współlokatora, ale tak bardzo przyzwyczaili się do swojej obecności, że żaden z nich nie zamierzał się przeprowadzać, mimo że było ich stać na dwa oddzielne mieszkania. Francis, przyjaciel i współpracownik Lovino, doskonale przygotował się na powrót dwójki Włochów. - Co prawda kuchnia śródziemnomorska to nie moja specjalność, ale przygotowałem dziś górę spaghetti – oznajmił, gdy bracia tylko przekroczyli próg mieszkania. - To taki mały prezent powitalny ode mnie. - Świetnie, jestem taki głodny! W szpitalu dawali okropne jedzenie! - wykrzyknął podekscytowany, a oczy mu zabłysły. Ponieważ Feliciano był niezłym łakomczuchem, za każdym razem, gdy ktoś mówił o makaronie, wpadał w istny obłęd. Nie było tego po nim widać, ale potrafił zjeść naprawdę dużo, zwłaszcza po pół roku szpitalnej diety jego apetyt jeszcze się zwiększył. - Rozgośćcie się, obiad będzie gotowy za dziesięć minut. Usiedli na długim, białym narożniku, na którym znajdowało się mnóstwo skórzanych poduszek, które Feliciano zawsze lubił miętosić. Wystarczyło ogarnąć wzrokiem pokój gościnny, by domyślić się, że należy do zamożnego artysty. Na ciemno filetowych ścianach wisiały liczne abstrakcyjne obrazy, a na wszystkich półkach znajdowała się spora kolekcja figurek przedstawiających mężczyzn z wyjątkowo pokaźnym przyrodzeniem. Każda z nich jakoś się wyróżniała, zarówno wyglądem, jak i wykonaniem. Były tam modernistyczne, ale też tradycyjne, drewniane, ceramiczne, szklane, absolutnie wszystkie możliwe rodzaje. Swego czasu Lovino ich nienawidził i próbował zmusić Francisa by się ich pozbył, albo chociaż schował, gdzieś poza zasięgiem jego wzroku, ale po paru nieudanych próbach, w końcu się przyzwyczaił. - Podano do stołu – oznajmił entuzjastycznie Francuz, kładąc talerze na blacie. Feliciano oczywiście dostał najwięcej spaghetti, ale to nie przeszkodziło mu skończyć pierwszemu. Właściwie trudno było nazwać to jedzeniem, on po prostu pochłonął zaserwowany mu makaron. Pozostali mężczyźni popatrzyli na niego z lekkim zaskoczeniem, ale też rozbawieniem. - No co, byłem głodny – wytłumaczył młody Włoch, widząc jak koledzy się w niego wpatrują. - Nic nie szkodzi, należało ci się – uspokoił go brat. - Siesta! Mam ochotę na siestę! - oznajmił Feliciano, wyraźnie spragniony kultywowania dawnych zwyczajów, czego nie mógł robić w szpitalu. - Możesz się położyć, twoja sypialnia pozostała nie zmieniona – wyjaśnił Francis, delektując się czerwonym winem. W oczach młodszego z braci było widać ogromną radość spowodowaną powrotem do domu. Lovino zastanawiał się wręcz, jak on zaśnie, skoro jest taki podekscytowany, ale z drugiej strony czemu miałby się przejmować, Feliciano miał prawo do odrobiny swobody. Gdy przyjaciele skończyli jeść, a Francis pozbierał talerze, nagle zadzwonił telefon. Z lekkim znudzeniem starszy z braci Vargas podniósł słuchawkę. - Słucham? - powiedział, nie kryjąc nawet, że nie chce mu się rozmawiać. Przez parę sekund nikt się nie odzywał i Lovino chciał już się rozłączyć, ale w końcu rozmówca dał o sobie znać, lekko niezdecydowanym głosem. - Czy Feliciano już wrócił? Chciałbym z nim porozmawiać, Ludwig z tej strony. Gdy tylko Włoch usłyszał imię, zacisnął dłoń na słuchawce i zmarszczył brwi. - Mówiłem ci, żebyś już nigdy nie dzwonił – warknął. - Odwal się od mojego brata, przez ciebie tylko mu się pogorszy. Capisci, kartoflu? - Wolałbym jednak, by Feliciano sam wypowiedział się na ten temat. - Do widzenia! - Lovino gwałtownie odłożył słuchawkę. Był tak zdenerwowany, że dopiero po chwili oddalił się od telefonu i usiadł. - Kto to był? Czyżby ten, o którym myślę? - spytał Francis, wycierając talerze. Ponieważ jadalnia była połączona z salonem, słyszał wszystko. - Nie ważne. O pewnych sprawach Lovino wolał nie rozmawiać, nie chciał psuć sobie nerwów, zwłaszcza w dniu, który powinien być radosny. - Tak sobie myślałem, może weźmiemy jutro Feliciano do pracy? - zaproponował, całkowicie zmieniając temat. - Powinien mieć jakieś zajęcie, nie chcę go zostawiać samego, zwłaszcza teraz. - A cóż on niby miałby tam robić? - Francis nie krył zaskoczenia. - Niech pomoże w jakichś drobnych rzeczach, ugotuje lunch... O, to jest dobry pomysł! Niech zrobi lunch dla wszystkich pracowników, wiesz, że lubi gotować. Francuz westchnął. Nie do końca podobał mu się pomysł kolegi. - Myślisz, że to odpowiednie miejsce dla niego? - O co ci chodzi, że się zgorszy? No daj spokój, przecież to mój brat, żadne niewiniątko, zresztą bywał już u nas w pracy. Przez wzgląd na znajomość Francis postanowił pójść koledze na rękę. - No dobrze, tylko niech nie plącze się nikomu pod nogami. Masz go pilnować. Gdyby jeszcze kilka lat temu ktoś powiedział Lovino, że będzie pracować w wytwórni gejowskich filmów pornograficznych, uśmiałby się do rozpuku, jednak to, co kiedyś wydawało się niedorzeczne, teraz było jego codziennością i co ciekawsze, nie przeszkadzało mu ani trochę. Studio Francisa okazało się dobrze prosperującą firmą. Wynajmowali spory lokal, z kilkoma dużymi salami, biurem, łazienką, a nawet kuchnią. Wszystko było w pełni legalne i spełniało ogólnie przyjęte normy. Dla osoby z branży praca ta nie różniła się zbytnio od żadnej innej. Trzeba było płacić podatki, załatwiać formalności i borykać się z różnymi codziennymi problemami, takimi jak niezdyscyplinowani pracownicy. - Merde! Gdzie jest ten pieprzony Polak, miał tu być już godzinę temu! - Francis nie lubił brzydkiego słownictwa, ale gdy był bardzo zdenerwowany, potrafił kląć jak szewc. - Możemy zacząć bez niego – zasugerował spokojnie Lovino. - Wiem, że możemy, ale tu chodzi o zasady. Nikt nie chciał być teraz w skórze Feliksa, który przybył z mniej więcej półtoragodzinnym spóźnieniem, nie sprawiając wrażenia, że w ogóle się tym przejął. - Do mojego biura! - rozkazał Francis, widząc że chłopak wygląda na lekko zdezorientowanego i zdecydowanie bardziej zaspanego. Nie nałożył nawet podkładu na twarz, co zdarzało mu się naprawdę rzadko, a jego włosy były w nieładzie. - Czy ty poważnie traktujesz tę pracę, czy to dla ciebie tylko zabawa? - spytał z irytacją Francuz, siadając za biurkiem. - Jedno i drugie, panie reżyserze – odparł żartobliwie Feliks. - Tylko nie tym tonem! Nie jesteś żadną pieprzoną gwiazdą, mogę cię zwolnić w każdej chwili! Co robiłeś całą noc? Szlajałeś się po knajpach i dawałeś dupy? - No teraz to już mnie seryjnie pan obraża. - Nie, to ty obrażasz mnie i moją pracę! Spójrz na siebie, wyglądasz jak przejechane gówno! - Francis zdał sobie sprawę, że trochę za bardzo podniósł głos, poczekał więc chwilę, odetchnął głęboko i kontynuował już spokojniej. - Posłuchaj, twoje życie prywatne to nie moja sprawa i nic mnie nie obchodzi, póki nie rzutuje to na twoją pracę. Idź, zamaskuj jakoś te wory pod oczami, przebierz się i dzisiaj już mnie nie denerwuj. W wytwórni Francisa pracowało sześciu aktorów, ale z nich wszystkich tylko Feliks uważał się za stuprocentowego geja. Jego przeciwieństwo stanowił Vash, student bankowości, mężczyzna hetero w każdym calu, który pracę w przemyśle pornograficznym uważał jedynie za dobry sposób, żeby dorobić i traktował to jako przejściowy etap w życiu. Był jeszcze Kiku, Japończyk, który rzadko się odzywał, przez co mało kto cokolwiek o nim wiedział. O dziwo swego czasu Feliciano nawiązał z nim całkiem dobry kontakt i szybko się zaprzyjaźnili. Teraz przywitał go ciepłym uściskiem, na co Kiku jak zwykle zareagował zakłopotaniem. Młody Włoch nigdy nie umiał pojąć czemu osoba bez skrupułów uprawiająca seks przed kamerą, wstydzi się zwykłego, przyjacielskiego uścisku. Reżyser postanowił, że głównym atutem jego filmów będzie ciekawa mieszanka kulturowa, a jako że imigrantów w Londynie nie brakowało, więc w wytwórni znaleźli się też panowie z południa. Grek Heracles i Turek Sadiq należeli do tych bardziej doświadczonych aktorów, którzy mieli już za sobą staż także w klasycznym porno. Jednak najważniejszy dla wytwórni był Iwan, który jako jedyny miał statut prawdziwej gwiazdy. Ponieważ wiedział, że reżyser zrobi wszystko, by go przy sobie utrzymać, cieszył się największymi przywilejami i czasem można było odnieść wrażenie, że to on rządzi firmą, a nie Francis. Lovino pełnił funkcję menadżera i asystenta Francisa, pomagając mu w czym tylko się dało. Podobne zajęcie miał Gilbert, którego praca również polegała na pomaganiu w czym się tylko dało, z tym, że o on znajdował się w hierarchii znacznie niżej. Sam uważał się za filar, bez którego wytwórnia nie była w stanie by istnieć, choć zdaniem większości jego rola sprowadzała się do „podaj, posprzątaj, pozamiataj”. - Zaczniemy od sceny z Feliksem i Kiku, a potem nakręcimy solówkę z Iwanem – oznajmił reżyser, włączając swoją cyfrową kamerę. - Znowu trzeba będzie pisać oświadczenie, że są pełnoletni, a nasz film i tak kupią głównie pedofile – skomentował Lovino, mając na myśli chłopięcą urodę Polaka i Japończyka, którzy zresztą całkiem niedawno weszli w dorosłość. - Nie obchodzi mnie kto to kupi, ważne, żeby był dochód. - A co ja mam robić? - spytał Feliciano, któremu zaczynało się nudzić. - Pójdziesz pomóc Gilbertowi przygotować studio numer dwa do następnej sceny, a potem możesz nam wszystkim zrobić kawę – polecił mu brat. Mało kogo ekscytowałyby tego typu zajęcia, ale po pół roku spędzonym w zakładzie dla umysłowo chorych, dla Feliciano wszystko zdawało się być miłą odmianą, więc ruszył do studia w podskokach. - Mam ci pomóc! - oznajmił z radością, zastając na miejscu albinosa. - O, to miło! To chodźmy do rupieciarni. Mamy ten pokój zrobić na biuro. - A nie mogliby po prostu nakręcić w biurze Francisa? - Nie sądzę, żeby reżyser chciał mieć odcisk pośladków na swoim biurku. Gdy tak nosili sprzęty, Gilbert postanowił poruszyć inny temat. - Mój brat wczoraj do was dzwonił. - Jak to? Nic mi o tym nie wiadomo? - Feliciano wyraźnie się ożywił. - Twój braciszek go spacyfikował. Tylko nie wspominaj, że ci o tym mówiłem, bo będę mieć problemy. - Czyli... czyli chcesz powiedzieć, że Ludwig chce się ze mną zobaczyć? - Włoch spytał głosem pełnym nadziei, oczy mu zabłysły, a serce zabiło szybciej. - Pewnie, on za tobą szaleje, tylko nie chce się do tego przyznać. - Ale wiesz jaki jest mój brat, nie będzie mnie spuszczać z oczu. Jak my się niby mamy spotkać? - Nie martw się, na pewno coś wymyślimy. Mówi się, że miłość zwycięży wszystko, no nie? Choć Gilbert powiedział to trochę z przymrużeniem oka, jego słowa podniosły trochę Feliciano na duchu.
sobota, 27 lutego 2010
Otwarcie!
Chciałbym uroczyście otworzyc naszego stronkowego bloga!Będą na nim umieszczane między innymi recenzje,felietony,nowelki itp o One Piece,i innych M&A.Narazie nasz blog nie powala na kolana,ale z czasem będziemy rosnąc w siłę ^^.Jeśli chcesz aby na blogu ukazał się twój wpis wyślij PW do Fantomasa na stronie www.one-piece.c0.pl

|
Dodatki na bloga
|